Rozdział 3
Piątek, piąteczek. Jest cudownie. Cały dzień w szkole. Nic, tylko cały czas siedzieć na krześle i chodzić, po korytarzu. To jest męczące. Idę do łazienki, żeby przypudrować nosek. Wyglądam jak Eskimos. Nosek biały, a twarz jasno-brązowa. Skończyłam z moim nosem, chowam puder do kosmetyczki i idę odłożyć na miejsce do szafki. Idę do stołówki do moich dziewczyn. Jestem już na miejscu, patrze, nie są same. Z chłopakami. Nawet jest Zac. Biorę wodę owocową jabłkową. Uwielbiam jabłka. Anne zobaczyła mnie, przy stoisku. Woła i macha gdzie jest. Wychodzę ze stoiska i idę do nich. Wszyscy w kupę. A co się stało? Idę i się odzywam tak głośno.
D: A co tutaj się dzieje, za zbiegowisko. Wszyscy razem w jednym stoliku?
C: Masz jakiś problem Le? - mi to mówisz?
D: Ja żadnego. Tylko jestem zdziwiona, to co zobaczyłam. Wiecie co, może pójdę tam. Nie będę przeszkadzać- kurde. Nie ma tam dla mnie miejsca, więc gdzie ja mam usiąść. Bez sensu.
Wszyscy: NIEEEE!! - a to co miał być? Okrzyk bojowy?
D: O co wam wszystkim chodzi? - Zac wstaje, idzie do mnie, łapie mnie za rękę i idziemy do stolika.
Z: Nigdzie nie pójdziesz. Zostajesz tu. Koniec i kropka. - wszyscy w szoku.
D: No dobrze. - usiadłam powoli, zaczęłam pić wodę, bo sucho mi w gardle.
***
Chłopaki rozmawiają sobie po cichu, żeby żadna dziewczyna nie usłyszała. Jak zawsze plotkujemy sobie z dziewczynami o różnych rzeczach, bardziej o chłopakach, ale już be ze mnie. Bo po co mam z dziewczynami rozmawiać o chłopakach. Siedzę koło Sheilli i przyciąga mnie do siebie.
S:Chodź Daniellle. Pogadaj z nami o chłopakach, a nie, siedzisz sama i się gapisz.
D: Nie. Rozmawiajcie ze sobą o waszych chłopakach. - nie rozmawiam, bo nie mam chłopaka i czuję się tym bardzo samotna.
S: Ej Le. Przestań tak mówić. Okej, może mamy chłopaków ale - przerwałam jej.
D: Ale to nieusprawiedliwa, że ja nie mam i że nigdy nie będę mieć. Przepraszam dziewczyny, ale muszę iść. Będzie lepiej, jak nie będzie mnie tutaj. - załamałam się. To takie smutne. Zawsze będę sama i nikogo nie znajdę. Poszłam sobie. Nie chce, żeby wszyscy zauważyli, że ja płacze. Chłopaki zobaczyli, że poszłam i nie chciałam siedzieć tam z nimi.
C: Co się dzieje z Danielle? Czemu ona poszła? Nie chciała z nami siedzieć czy co? - wszyscy byli zdziwieni. Zac wstał z krzesła i idzie do mnie, mówiąc do wszystkich.
Z: Idę do niej. - szybko pobiegł do mnie, zapytać się o co chodzi. Szukał mnie wszędzie. Znalazł. Siedzę na schodach, schowana i skulona, tak, żeby nikt mnie nie widział. - Danielle wszędzie cie szukałem.- podskoczyłam. Wystraszyłam się. Jestem cała rozmazana.
D: Co ty tutaj robisz? Idź do nich. Chce być sama.- nie chce, żeby tutaj był.
Z: Co się dzieje? Czemu płaczesz? Coś ktoś ci zrobił? Jak tak to pogadam z osobą.
D: Nikt mi nic nie zrobił. Tak po prostu płaczę. - po co mam mu mówić? Mam powiedzieć, płaczę dlatego nie mam żadnego chłopaka? Nie mam zamiaru.
Zac się waha. Nie wie co robić. Cały czas jest przy mnie. Siada koło mnie.
D: Wyglądam jak szatan-potwierdzam.
Z: Nie wyglądasz tak. Po prostu nie wiesz, co masz ze sobą zrobić. - to prawda. - chodź zawiozę cie do domu.
Wziął moje ręce do góry i pomógł mi wstać. Poszliśmy do dyrektora, żeby mnie zwolnił z lekcji, z powodu bólu brzucha. Wychodziliśmy z jego biura, zdjął swoją bluzę i założył na mnie. Schował moją głowę pod kaptur. Kazał, żebym się skuliła. Skuliłam się, objął mnie w tali. Idziemy tak, żeby nikt nas nie zauważył. Dalej trzyma mnie w tali. Wyszliśmy ze szkoły i idziemy szybko do samochodu, otwiera drzwi i powoli wsiadam do środka, a Zac zamyka za mną drzwi i wsiada na swoje miejsce przy kierownicy. Odwozi mnie do domu. Jak mama mnie zobaczy, że jestem w domu , to chyba by mnie udusiła. Bym musiała wszystko powiedzie. Ale najpierw się spyta:"czemu jesteś w domu?" "czemu, się zwolniłaś?". Boje się jej reakcji. Nie lubię jak moja własna matka odzywa się tak do mnie. Do własnej córki kobieto. Ja mam osiemnaście lat. Jestem już pełnoletnia. Nie mów mi co ja mam robić. Jak jeszcze kiedykolwiek powie to ostatni raz, to wyprowadzę się stąd. Nie jestem już dzieckiem. Jednak nie tylko mamie wszystko powiem, ale też Zacowi. Nie musi wiedzieć. Chociaż to miłe z jego strony, to co dla mnie robi. Kochany jest. Jestem już, pod jego domem. Wychodzę z auta i on tak samo. Już szłam w kierunku mojego domu, ale muszę mu coś powiedzieć. Odwróciłam się do niego.
D: Zac - chce usłyszeć jego głos. Jest taki ... jakby to powiedzieć ... ma taki miękki, lekki i donośny głos
Z: Tak? Co jest? - czy mi się wydaje, czy martwi się o mnie?
D: Nic się nie stało, chciałam ci podziękować.
Z: Za co?
***
Chłopaki rozmawiają sobie po cichu, żeby żadna dziewczyna nie usłyszała. Jak zawsze plotkujemy sobie z dziewczynami o różnych rzeczach, bardziej o chłopakach, ale już be ze mnie. Bo po co mam z dziewczynami rozmawiać o chłopakach. Siedzę koło Sheilli i przyciąga mnie do siebie.
S:Chodź Daniellle. Pogadaj z nami o chłopakach, a nie, siedzisz sama i się gapisz.
D: Nie. Rozmawiajcie ze sobą o waszych chłopakach. - nie rozmawiam, bo nie mam chłopaka i czuję się tym bardzo samotna.
S: Ej Le. Przestań tak mówić. Okej, może mamy chłopaków ale - przerwałam jej.
D: Ale to nieusprawiedliwa, że ja nie mam i że nigdy nie będę mieć. Przepraszam dziewczyny, ale muszę iść. Będzie lepiej, jak nie będzie mnie tutaj. - załamałam się. To takie smutne. Zawsze będę sama i nikogo nie znajdę. Poszłam sobie. Nie chce, żeby wszyscy zauważyli, że ja płacze. Chłopaki zobaczyli, że poszłam i nie chciałam siedzieć tam z nimi.
C: Co się dzieje z Danielle? Czemu ona poszła? Nie chciała z nami siedzieć czy co? - wszyscy byli zdziwieni. Zac wstał z krzesła i idzie do mnie, mówiąc do wszystkich.
Z: Idę do niej. - szybko pobiegł do mnie, zapytać się o co chodzi. Szukał mnie wszędzie. Znalazł. Siedzę na schodach, schowana i skulona, tak, żeby nikt mnie nie widział. - Danielle wszędzie cie szukałem.- podskoczyłam. Wystraszyłam się. Jestem cała rozmazana.
D: Co ty tutaj robisz? Idź do nich. Chce być sama.- nie chce, żeby tutaj był.
Z: Co się dzieje? Czemu płaczesz? Coś ktoś ci zrobił? Jak tak to pogadam z osobą.
D: Nikt mi nic nie zrobił. Tak po prostu płaczę. - po co mam mu mówić? Mam powiedzieć, płaczę dlatego nie mam żadnego chłopaka? Nie mam zamiaru.
Zac się waha. Nie wie co robić. Cały czas jest przy mnie. Siada koło mnie.
D: Wyglądam jak szatan-potwierdzam.
Z: Nie wyglądasz tak. Po prostu nie wiesz, co masz ze sobą zrobić. - to prawda. - chodź zawiozę cie do domu.
Wziął moje ręce do góry i pomógł mi wstać. Poszliśmy do dyrektora, żeby mnie zwolnił z lekcji, z powodu bólu brzucha. Wychodziliśmy z jego biura, zdjął swoją bluzę i założył na mnie. Schował moją głowę pod kaptur. Kazał, żebym się skuliła. Skuliłam się, objął mnie w tali. Idziemy tak, żeby nikt nas nie zauważył. Dalej trzyma mnie w tali. Wyszliśmy ze szkoły i idziemy szybko do samochodu, otwiera drzwi i powoli wsiadam do środka, a Zac zamyka za mną drzwi i wsiada na swoje miejsce przy kierownicy. Odwozi mnie do domu. Jak mama mnie zobaczy, że jestem w domu , to chyba by mnie udusiła. Bym musiała wszystko powiedzie. Ale najpierw się spyta:"czemu jesteś w domu?" "czemu, się zwolniłaś?". Boje się jej reakcji. Nie lubię jak moja własna matka odzywa się tak do mnie. Do własnej córki kobieto. Ja mam osiemnaście lat. Jestem już pełnoletnia. Nie mów mi co ja mam robić. Jak jeszcze kiedykolwiek powie to ostatni raz, to wyprowadzę się stąd. Nie jestem już dzieckiem. Jednak nie tylko mamie wszystko powiem, ale też Zacowi. Nie musi wiedzieć. Chociaż to miłe z jego strony, to co dla mnie robi. Kochany jest. Jestem już, pod jego domem. Wychodzę z auta i on tak samo. Już szłam w kierunku mojego domu, ale muszę mu coś powiedzieć. Odwróciłam się do niego.
D: Zac - chce usłyszeć jego głos. Jest taki ... jakby to powiedzieć ... ma taki miękki, lekki i donośny głos
Z: Tak? Co jest? - czy mi się wydaje, czy martwi się o mnie?
D: Nic się nie stało, chciałam ci podziękować.
D: Za to, że mnie odwiozłeś do domu, że zwolniłeś mnie z lekcji i że chciałeś mi pomóc. Chociaż, nie musiałeś tego robić. To bardzo miłe.
Z: Musiałem cie zawieźć do domu. Nie chciałem, żeby ktokolwiek patrzył się na ciebie, jak ty płaczesz. Tyle mogłem dla ciebie zrobić. Ale teraz tak serio. Jak już rozmawiamy ze sobą, to bądź ze mną szczera. Dlaczego odeszłaś ze stolika?! Dlaczego płakałaś?! Chciałbym ci pomóc. Ale nie wiem jak. Dlaczego nie chciałaś rozmawiać z dziewczynami?! Co się dzieje?!
D: Przypomniały mi się wspomnienia z tatą - dlaczego skłamałam? Powinnam powiedzieć prawdę. Nie powinnam kłamać - za 3 dni jest jego rocznica śmierci - łezka zaczęła mi kręcić w oku. Mam straszne czerwone oczy. Czuję to.
Z: Przepraszam, nie powinienem byłem pytać. Ja już sobie pójdę. - idzie w kierunku do swojego domu. Ja krzyczę
D: nie czekaj - staje przez chwile, odwraca się bokiem, idzie do mnie i patrzy się na mnie łagodnie- powinnam była ci powiedzieć, któregoś dnia, ale nie mogłam. Nie byłam jeszcze na to gotowa, żeby powiedzieć ci coś w ogóle. Na tej ulicy nie znam nikogo, oprócz ciebie.
Z: Posłuchaj. Nie musisz mi o tym mówić, to co się działo kiedyś. Jak będziesz na to gotowa to przyjdź do mnie, to pogadamy. Nie musisz teraz. Nie zmuszam cie do tego. Wręcz przeciwnie.
Podchodzi do mnie trochę bliżej, muska swoje palce o moje zaczerwieniono-jasne policzki i patrzy się na mnie prosto w oczy. Ma piękne błękitne oczy. Jak ocean.
Z:Danielle. Jesteś świetną dziewczyną. Wiem, że znamy się od paru dni, ale chciałbym, żebyś mi bezgranicznie zaufała na to wszystko. Nie jestem jakimś typem, że chciałbym wszystko wiedzieć. To może być dziwne, to co teraz powiem, ale nigdy nie poznałem takiej dziewczyny jak ty. Jesteś naprawdę fajna. Jakbyś chciała kiedyś mi coś powiedzieć, albo się zwierzyć, to przyjdź do mnie porozmawiamy na spokojnie. Okej? - ojej. Z jego głosu, było tak piękne powiedziane. Jeszcze nigdy nie słyszałam takich słów, jeszcze od chłopaka.
D: Okej. Dziękuje Zac. To miło z twojej strony. Chciałabym się ciebie o coś zapytać.
Z: Pytaj się o co chcesz - jeszcze nigdy nie widziałam takiego otwartego chłopaka. Czuje się, że nie jestem sama. Czuję, że znam go bardzo dobrze. Ale szkoda, że to nie jest prawda.
D: Moja mama leci do Meksyku na 2 miesiące. Wyjeżdża jutro. Za parę dni rocznica. Czy byś mógł przyjechać? Nie chce być sama.
Z: Pewnie. Zawsze możesz na mnie liczyć. - tak się cieszę, że nie będę sama. Potrzebuje kogoś, kto by mnie zrozumiał.
D: Dziękuje ci Zac.
Potrzebowałam tego. Przytulenia od niego. Trochę smucę się, ale zobaczył, że musi to zrobić. Przytulił się do mnie. A ja odwzajemniłam. Pogłaskał mnie. Pocałował w czubek głowy. Nie wiedziałam, że to zrobi. Jest taki kochany. Już powoli od Zaca odchodzę. Byłam już blisko swojego domu. Macham do niego. On mi tak samo. Obaj weszliśmy do swoich domów. Weszłam do środka i zamknęłam dom. Oparłam się o drzwi i zaczęłam gadać do siebie:"dlaczego skłamałaś?" . Zaczęłam się bić po głowie. Nie wiem czemu skłamałam. Chciałam powiedzieć prawdę, ale spanikowałam. Jeśli dalej będę myśleć o chłopaku, którego nie mam i nigdy nie będę miała, to mi się bardziej pogorszy. Jaka jestem głupia. Cieszę się, że Zac przyjdzie na rocznice mojego ojca. Najważniejsze jest to, że nie będę sama. Że Zac będzie przy mnie, do końca ceremonii. Idę do kuchni, żeby napić się czegoś. Chciałam już otworzyć lodówkę, ale pierw zobaczyłam przyklejoną kartkę w lodówce:" Kochanie ja już dzisiaj lecę, nie jutro. Przepraszam, że ci nie powiedziałam, byłaś w szkole, nie chciałam ci przeszkadzać. Kupiłam dla ciebie jedzenie i picie, żeby ci nie zabrakło. Pilnuj domu. Bardzo cie kocham. Mama". Zawsze pisała na małych karteczkach, a dzisiaj to na dużej. Trochę mnie to zdziwiło. Serio musiała dzisiaj polecieć? Chciałam jej coś pokazać, ale już chyba nic dla niej nie pokaże, bo musiała akurat dzisiaj polecieć. Jak zwykle. Poleciała ze względu na prace. Pewnie dostanie kontrakt. Chciałabym żeby dostała.Tyle lat wkładała siebie w tyle pracy. Tyle trudu, żeby tam polecieć. Mam nadzieję, że jej szef, da dla niej awans i może zostanie menegerem roku. Jest najlepszą projektantką. Sama urządzała nasz dom. To, jak powinno wyglądać w środku. Uwielbia ta pracę. Jest do tego stworzona. Tylko szkoda, że muszę zostać sama w domu. Trochę to smutne, ale dam rade.
***
Minęły trzy dni. Dzisiaj rocznica mojego taty. Szykuję się powoli. Zakładam suknię całą czarną, balerinki czarne i upięte włosy w kucyk. Wychodzę z domu i zamykam drzwi. Idę już na cmentarz. Szłam jakieś pół godziny od mojego domu. Jestem już przy cmentarzu. Właśnie widzę Zaca. Stoi przy bramie i czeka na mnie. Zaparkował dalej swój samochód. Nigdzie nie było miejsca. Zobaczył mnie i widzi, że idę. Taki kawał drogi na cmentarz. Uśmiechnął się do mnie.
Z: Cześć. Ślicznie wyglądasz. Nie bolą cie nogi od tego chodzenia?
D: Cześć. Dziękuje. Troche bolą, ale da się wytrzymać. Dobrze, że nie założyłam na obcasie. To to już w ogóle by bolały. Szłam jakieś pół godziny. - ale zdziwiony.
Z: Przykro mi młoda damo, ale nie będziesz szła z buta z cmentarza do domu. Zawioze cie.
D: No dobra niech ci będzie - lekko się uśmiechnęłam.
Z: Idziemy? - boże. Całkiem zapomniałam o tym.
D: Tak, tak. - zamyśliłam się.
Zapomniałam o tym całkiem. Zamyśliłam się jak zwykle. Poszliśmy razem. Wyjął ręce z kieszeni, przed wejściem na cmentarz. Jednak zna zasady, jak się trzeba zachowywać. Cały czas idziemy, gdy po chwili, zobaczyłam, parę naszych znajomych z naszej klasy. Myślałam, że będę tylko ja i Zac, ale jak zobaczyłam naszych znajomych, ulżyło mi. Jesteśmy już na miejscu. Zac zobaczył swoich kumpli, a ja swoje koleżanki. Mówiłyśmy do siebie szeptem.
A: Cześć Danielle. Dziewczyny - dziewczyny się odwróciły. Lekko się uśmiechnęły do mnie. Dały mi buziaka.
D: Zaczęło się? Jeszcze tyle ludzi nigdy nie było. - byłam zszokowana, to, że tyle ludzi jest na pogrzebie. Zawsze było mniej ludzi, niektórzy nie mogli przyjechać na przykład z powodu pracy, albo załatwić jakieś sprawy, albo coś innego. Mój ojciec był najlepszym człowiekiem. Był policjantem. Jest znany na świecie.
S: Jeszcze nie. Czekamy na księdza. Przyszłaś z kimś?
D: Z Zac'iem. Jak ja szłam, to czekał na mnie.
A: Ooo. To słodkie. Idzie ksiądz.
Podchodzę trochę bliżej do grobu mego taty, żeby być blisko niego. Zac, patrzy gdzie jestem. Widzi mnie. Podchodzi do mnie. Każdego przeprasza, dlatego, że idzie do mnie. Jest już blisko mnie. Wszyscy patrzą, że idzie już ksiądz. Nareszcie.
"Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"
Już się zaczęła ceremonia. Wszyscy są moi przyjaciele. Tylko najbardziej martwi mnie to, że nie mam mojej mamy. Zawsze jeździ na pogrzeb. Ale teraz ja ją zastępuje. Stoi koło mnie Zac. Podchodzi trochę bliżej i mówi szeptem, że wszystko będzie dobrze. Mam taką nadzieję. Chciałabym, żeby było tak jak kiedyś. Ale niestety nie będzie. Nie cofnę czasu. Brakuję mi go i tate i jego uśmiech i jego poczucie humoru. Potrafił rozbawić ludzi. Pamiętam jak jeszcze byłam małym dzieckiem i czasami byłam smutna, to ojciec zawsze przychodził i pocieszał mnie. Wie, że to zawsze działa. Tęsknie za nim. Gdyby tylko tutaj był. Muszę przestać myśleć o tym. Zaraz będę płakać. A przecież tego nie chce. Ceremonia skończyła się godzinę temu. Wszyscy poszli w swoją stronę. Dziewczyny moje tak samo. Pożegnałam się. Powiedziały, że wszystko będzie dobrze. Tak samo jak Zac. Ja jeszcze zostałam przez chwilę. Pobyć trochę z moim tatą.
Z: Przykro mi z powodu twojego ojca. Był dobrym człowiekiem. - jeszcze został.
D: Zawsze był i zawsze będzie. Dziękuje, że poszedłeś ze mną. Zostanę jeszcze chwile.
Z: Przykro mi Danielle, ale nie zostawie cie tutaj samą.
D: No dobra. - zgodziłam się.
Z: Uśmiechnij się. Ale może pierw pójdziemy na lody co? - jejciu. Jest taki przekonujący.
D: To chodźmy.
Pojechaliśmy samochodem Zaca. Ja bym się przeszła, ale jak chce jechać to okej. Nic nie mam do niego. Jak to woli. Znalazł dobre miejsce na parkingu. Zrobiliśmy rundę, żeby się przejść trochę po mieście. Żeby tylko mi nie jęczał, że nogi go bolą. Nawet niech sie nie warzy o tym mówić. To bym go normalnie ukatrupiła. Widać, że grzeczne dziecko. Pokazałam mu gdzie są dobre lody. Najlepsze lody są pod małym sklepikiem. Budka z lodami. "Lodowe Marzenie". Słodka nazwa. Poszliśmy do tej budki. Kupił dla mnie lody porzeczkowe, a on arbuzowe. Nie musiał tego robić. Sama bym zapłaciła. Ale co mi tam zaszkodzi. Chodzimy sobie powoli spacerkiem.
D: I jak ci się podoba w Chicago? - spytałam się bardzo łagodnie.
Z: Jest tutaj naprawdę fajnie. Zawsze myślałem, że Chicago, to takie głupie miejsce. Ale jednak myliłem się. Dobre są to lody. - mówiłam. Najlepsze.
D: Bardzo się myliłeś. Jestem dłużej tutaj od ciebie. Przyzwyczaisz się. Mówiłam. Najlepsze są.
Z: Oj chyba aż za bardzo. No ty dłużej, a ja od paru miesięcy. Jak na razie jest okej. Nie narzekam.
D: To się ciesze. Dziękuje, że zabrałeś mnie z cmentarza. Gdyby ... - chciałam dalej powiedzieć, ale mi przerwał.
Z: Nie rozmawiajmy o tym. Nie myśl. Będzie gorzej, jak dalej będziesz wałkować z tym. Lepiej zmieńmy temat. - zostaniesz moim przyjacielem?
D: Masz racje. Zmieńmy temat.
Z: Masz jakieś plany w ten weekend? - jeśli, chciałbyś zaprosić mnie na randkę to wybij sobie to z głowy.
D: Nie mam żadnych.
Z: Pomyślałem ... czy byś chciała wpaść do mnie do domu? Wiesz, znamy się od paru miesięcy i mieszkamy koło siebie. Chciałbym bliżej poznać ciebie. Na przykład dzisiaj. Co ty na to? - brzmi interesująco nowy kolego z sąsiedztwa.
D: Poczekaj niech pomyślę .. hmmm ... dobra. Zgadzam się.
Z: Serio?! - jeszcze się pytasz. No pewnie, że tak głuptasie. A jakże inaczej.
D: No pewnie.
Z: Dobra - uśmiechnął się do mnie.
S: Jeszcze nie. Czekamy na księdza. Przyszłaś z kimś?
D: Z Zac'iem. Jak ja szłam, to czekał na mnie.
A: Ooo. To słodkie. Idzie ksiądz.
Podchodzę trochę bliżej do grobu mego taty, żeby być blisko niego. Zac, patrzy gdzie jestem. Widzi mnie. Podchodzi do mnie. Każdego przeprasza, dlatego, że idzie do mnie. Jest już blisko mnie. Wszyscy patrzą, że idzie już ksiądz. Nareszcie.
"Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"
Już się zaczęła ceremonia. Wszyscy są moi przyjaciele. Tylko najbardziej martwi mnie to, że nie mam mojej mamy. Zawsze jeździ na pogrzeb. Ale teraz ja ją zastępuje. Stoi koło mnie Zac. Podchodzi trochę bliżej i mówi szeptem, że wszystko będzie dobrze. Mam taką nadzieję. Chciałabym, żeby było tak jak kiedyś. Ale niestety nie będzie. Nie cofnę czasu. Brakuję mi go i tate i jego uśmiech i jego poczucie humoru. Potrafił rozbawić ludzi. Pamiętam jak jeszcze byłam małym dzieckiem i czasami byłam smutna, to ojciec zawsze przychodził i pocieszał mnie. Wie, że to zawsze działa. Tęsknie za nim. Gdyby tylko tutaj był. Muszę przestać myśleć o tym. Zaraz będę płakać. A przecież tego nie chce. Ceremonia skończyła się godzinę temu. Wszyscy poszli w swoją stronę. Dziewczyny moje tak samo. Pożegnałam się. Powiedziały, że wszystko będzie dobrze. Tak samo jak Zac. Ja jeszcze zostałam przez chwilę. Pobyć trochę z moim tatą.
Z: Przykro mi z powodu twojego ojca. Był dobrym człowiekiem. - jeszcze został.
D: Zawsze był i zawsze będzie. Dziękuje, że poszedłeś ze mną. Zostanę jeszcze chwile.
Z: Przykro mi Danielle, ale nie zostawie cie tutaj samą.
D: No dobra. - zgodziłam się.
Z: Uśmiechnij się. Ale może pierw pójdziemy na lody co? - jejciu. Jest taki przekonujący.
D: To chodźmy.
Pojechaliśmy samochodem Zaca. Ja bym się przeszła, ale jak chce jechać to okej. Nic nie mam do niego. Jak to woli. Znalazł dobre miejsce na parkingu. Zrobiliśmy rundę, żeby się przejść trochę po mieście. Żeby tylko mi nie jęczał, że nogi go bolą. Nawet niech sie nie warzy o tym mówić. To bym go normalnie ukatrupiła. Widać, że grzeczne dziecko. Pokazałam mu gdzie są dobre lody. Najlepsze lody są pod małym sklepikiem. Budka z lodami. "Lodowe Marzenie". Słodka nazwa. Poszliśmy do tej budki. Kupił dla mnie lody porzeczkowe, a on arbuzowe. Nie musiał tego robić. Sama bym zapłaciła. Ale co mi tam zaszkodzi. Chodzimy sobie powoli spacerkiem.
D: I jak ci się podoba w Chicago? - spytałam się bardzo łagodnie.
Z: Jest tutaj naprawdę fajnie. Zawsze myślałem, że Chicago, to takie głupie miejsce. Ale jednak myliłem się. Dobre są to lody. - mówiłam. Najlepsze.
D: Bardzo się myliłeś. Jestem dłużej tutaj od ciebie. Przyzwyczaisz się. Mówiłam. Najlepsze są.
Z: Oj chyba aż za bardzo. No ty dłużej, a ja od paru miesięcy. Jak na razie jest okej. Nie narzekam.
D: To się ciesze. Dziękuje, że zabrałeś mnie z cmentarza. Gdyby ... - chciałam dalej powiedzieć, ale mi przerwał.
Z: Nie rozmawiajmy o tym. Nie myśl. Będzie gorzej, jak dalej będziesz wałkować z tym. Lepiej zmieńmy temat. - zostaniesz moim przyjacielem?
D: Masz racje. Zmieńmy temat.
Z: Masz jakieś plany w ten weekend? - jeśli, chciałbyś zaprosić mnie na randkę to wybij sobie to z głowy.
D: Nie mam żadnych.
Z: Pomyślałem ... czy byś chciała wpaść do mnie do domu? Wiesz, znamy się od paru miesięcy i mieszkamy koło siebie. Chciałbym bliżej poznać ciebie. Na przykład dzisiaj. Co ty na to? - brzmi interesująco nowy kolego z sąsiedztwa.
D: Poczekaj niech pomyślę .. hmmm ... dobra. Zgadzam się.
Z: Serio?! - jeszcze się pytasz. No pewnie, że tak głuptasie. A jakże inaczej.
D: No pewnie.
Z: Dobra - uśmiechnął się do mnie.
Oboje śmiejemy, że czegoś. Z czego?! Nikt z nas tego nie wie. Jesteśmy jak ... nie wiem jak to powiedzieć ... kurczę. Zapomniałam tego słowa. Ale dobra nie ważne. Ważne jest to, że bardzo dobrze się rozumiemy. Dobrze się dogadujemy. To takie miłe uczucie. Gdy śmiejesz się z kimś, o głupich rzeczach. Na przykład z chłopakiem. Jest cudownie. Naprawdę. Jeszcze nigdy nie czułam się tak fajnie, tak super. Chciałabym zaszaleć na całego.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz